Coś

Autor: Ludwig van Goth, Gatunek: Proza, Dodano: 01 grudnia 2012, 18:56:30

Pewnego razu (a był to mroźny, grudniowy, sobotni, popołudniowy dzień) siedziałem przed telewizorem z książką, próbując ogarnąć na raz - sens czytanego tekstu i dowcipny skecz kabaretowy na ekranie, kiedy Marta ni stąd, ni zowąd zapytała:

- Pójdziemy jutro rano do kościoła?

Wytrzeszczyłem oczy ponieważ nie byliśmy w kościele od dawna. Nie z powodu jakiegoś przyrodzonego czy nabytego ateizmu, ale z przyczyny zanudzenia jakiego doznaję przy słuchaniu i oglądaniu tego samego rytuału liturgicznego przy minimalnym czasie jaki zostaje na kazanie, a i to najczęściej mało życiowe i wplątane w jakąś wymyśloną historyjkę.

- Tak, pójdziemy jeśli tego potrzebujesz.

- A ty nie chcesz pójść?

- Ja nie potrzebuję tam iść tak bardzo, ale z Tobą chętnie pójdę – skłamałem.

Skłamałem nie dlatego, żeby jej nie zawieść, ale dlatego, że naprawdę chciałem tam pójść także dla siebie samego. Pomyślałem, że to dobry pomysł na podjęcie kolejnej próby wydobycia z siebie czegoś lepszego. Przecież tylko spotkanie z kimś nieskończenie lepszym ode mnie może wydobyć ze mnie maksimum człowieczeństwa. Czy nie o to chodzi?

- Wiesz, bardzo bym dziś chciała pojechać z Tobą do rynku – zagadnęła znowu.

- Po co?

- Dziś otwarcie jarmarku bożonarodzeniowego. Wiesz, to co w ubiegłym roku… Pierniki, te wszystkie świetne rzeczy, czapki, ozdoby, poncz świąteczny. Pamiętasz? Piję się go z porcelanowych bucików Świętego Mikołaja. Mamy takie z poprzedniego roku. Pamiętasz jak było świetnie z tamtym roku? Będziemy każdego roku zbierać takie buciki, co? Pamiętasz?

Pamiętałem. Zgodziłem się. Zawsze się zgadzam, kiedy chce mnie zagadać na śmierć. Zgoda albo zagadanie na śmierć. Wybór prosty dla każdego kto ceni sobie życie ponad inne wartości.

Zjawiliśmy się w rynku o osiemnastej. Rzeczywiście pięknie. Oświetlone budki-stragany z tabliczkami: „wędliny polskie”, „sery polskie”, „dania polskie”, „wina świata” itp. W tych bez tabliczek - pierniki świąteczne, czapki, biżuteria, świecidełka, zegareczki na łańcuszkach, poncz świąteczny podawany w bucikach porcelanowych przy muzyce na żywo w wykonaniu trzech pań stojących na dachu prowizorycznej, aczkolwiek ładnej rozlewni świątecznych, gorących napojów. Pięknie. Dwie linie straganów tworzyły oświetlony kąt prosty, w którego środku stał „bajkowy lasek”. Były to kolejne budki, wyposażone w głośniki, z których dobiegały głosy opowiadające różne bajki. W witrynach za szybą poruszały się mechaniczne lalki bajkowych postaci w odpowiednio zrobionej scenerii. Pięknie. Nieopodal młody „charyzmatyk”(pewnie jeden z wylęgów szkoleń NLP) ze słuchawkami i mikrofonem oraz drużyną panienek naciągał ludzi na wygrywanie tandetnych maskotek. „Wystarczy dwanaście złotych za serię trzech rzutów!”- zachęcał. Rzeczywiście wystarczyło. „Wystarczy strącić wszystkie puszki przy pomocy trzech piłeczek!” – przekonywał. Okazywało się, że nie wystarczy. Czyli: „Co prawda strącił pan wszystkie, ale tylko się przewróciły. Powinny jednak spaść jeszcze z półki na ziemię…” I tym podobne brednie dla biednych naiwniaków, którzy chcieli zaimponować swoim dziewczynom. Prawie pięknie.

Skupiliśmy się z Martą na podziwianiu jakiegoś rękodzielnictwa i przytłoczeni cenami na podziwianiu skończyliśmy. Jedynie nie omieszkaliśmy spróbować ponczu i kieliszka wódki na miodzie.

- Wejdźmy jeszcze do sklepu, o tam- koło tamtego straganu, po zwykły chleb i wracajmy do domu – zaproponowałem.

Pod sklepem stał jakiś śpiewak. Wyśpiewywał godnie jakiś musicalowy, amerykański szlagier z nieco przejaskrawioną angielską(chyba walijską) manierą w akcencie. Obok śpiewaka tańczył, a właściwie kiwał się rytmicznie, wyginając na zmianę ręce i nogi jakiś starszy, prawie całkiem łysy pan. Na pierwszy rzut oka widać było od razu, że nie stanowią ze śpiewakiem żadnego zespołu i stoją obok siebie zupełnie przypadkowo. Nie przeszkadzali sobie jednak wzajemnie. Starszy pan nie był ubrany tak gustownie jak śpiewak (choć ten też nie wyglądał jak z żurnala). Miał połyskujące żółte spodnie, wiosenne pantofle, zieloną kurtkę jak reporterzy z lat siedemdziesiątych i brudną czapeczkę z daszkiem, którą trzymał w ręku ruszając się w rytmie instrumentalnej muzyki, którą śpiewak puszczał z magnetofonu umieszczonego w walizce.

Widziałem tego śpiewka nie raz na rynku. Wciąż śpiewał to samo, w tym samym miejscu, z tą samą niezmienną manierą w ruchu i głosie. Zupełnie jakby był zaprogramowany i stał tam od zawsze.

Mało kto zatrzymywał się aby rzucić pieniądze do walizki z magnetofonem lub chociaż uważnie posłuchać co wyśpiewuje i jak. Dopiero dziś widziałem ilu gapiów zatrzymało się koło niego, wykrzywiając usta w kołyski, czasem przyklaskując. Chłopcy ze swoimi dziewczynami zaśmiewali się nieco szyderczo i patrzyli na siebie porozumiewawczo, że oto widzą błazna, nieudolnie, aczkolwiek rytmicznie naśladującego jakiś nowoczesny taniec, niczym z hałaśliwej reklamy telewizyjnej. Wtedy zdałem sobie sprawę, że gapie zwracali uwagę nie na śpiewaka, ale na zdziwaczałego, starszego pana, tańczącego obok.

Weszliśmy do sklepu. Uśmiechnąłem się w duchu widząc mnóstwo pięknych studentek, ale upał w środku, zapach pieczywa i naftaliny pomieszany z wodą perfumopodobną wydzielające się ze sztucznych futer starszych pań oraz olbrzymie kolejki i tłok wyleczyły mnie z entuzjazmu świątecznego jakim zaraziłem się przy jarmarku.

Wyszliśmy ze sklepu. Było jak dawniej. Śpiewak nadal śpiewał. Nikt jednak już nie zatrzymywał się koło niego. Zupełnie jakby go nie było. Starszy pan leżał obok zwinięty nieco, z czapką założoną na głowę. Dłonie leżały rozłożone na chodniku. Wyglądały na przymarznięte. Wróciliśmy z Martą do domu.

Zjedliśmy po kilka kanapek ze świeżego chleba, oglądając jakiś zabawny program. Później trochę poczytałem. Miałem właśnie rozebrać się do kąpieli, kiedy nagle poczułem przypływ czegoś dziwnego. Jakby różnokolorowa, gęsta, płynna substancja zalewał mi mózg. „Dlaczego dopiero teraz to do mnie dotarło” – pomyślałem.

- Wiesz… - zwróciłem się do Marty – dopiero teraz dotarł do mnie widok tego człowieka… To znaczy widok dotarł od razu, ale co ten widok oznacza dotarło dopiero teraz. Coś się z nami stało.

- Z nami? – zdziwiła się.

- Nie z nami dwojgiem tylko. Z ludźmi. Z nami-ludźmi. Ten człowiek, który tam leżał między budkami a sklepem...

- O czym ty mówisz?

- Kiedy tańczył, wszyscy zwracali na niego uwagę, przystawali, głupio się uśmiechali, dawali sobie porozumiewawcze znaki, kiedy ten pan tak zabawnie zginał nogi i ręce w stawach, kiwając się przy tym na boki. Później kiedy leżał nikt nic nie widział. Wszyscy naraz oślepli? My też oślepliśmy? Przecież coś widzieliśmy… Te dłonie pamiętam najbardziej. Chyba były przymarznięte. Sinoczerwone…

- Och przestań… - spokojnie zareagowała Marta. Takich ludzi jest tysiące w tym kraju i pewnie miliony na świecie. Nie uratujemy świata.

- Świata!? – wybuchnąłem. – Jakiego świata!? Kurwa, nie mówię o jakimś świecie. Mówię o tym konkretnym człowieku, który leżał na chodniku!

- Przestań się unosić. Nie rozumiesz. Chodzi o to, że on dokonał wyboru. Wybrał taką drogę. Widziałeś jak wyglądał. Chciałeś go zaprowadzić do przytułku? Uciekłby stamtąd na drugi dzień i byłoby to samo. Tacy jak on nie wytrzymują w przytułkach długo. Tam jest dyscyplina, nie mogą pić alkoholu, wracać o której im się podoba. Nie przestrzegają zasad bo chcą chlać. Co z tego, że ulitujesz się nad menelem? Chciałeś go dotykać? Może miał grzybicę.

- Skąd masz dane o tym człowieku, do cholery!? Skąd wiesz, że jest menelem? Skąd wiesz kim jest, co robił i dlaczego tam przebywał?

- Mówią o tym… Jest mnóstwo programów. Widziałam niedawno program i tam mówili właśnie…

- Jakie znaczenie ma jakiś zasrany program? Jakie znaczenie miałoby to, że ten człowiek okazałby się menelem? Jakie znaczenie ma to, że mógłby później uciec z przytułku? Byliśmy tam, widzieliśmy tego konkretnego człowieka i nic nie zrobiliśmy.

- Tak jak nie zrobiło nic setki przechodzących obok ludzi, o! Wiedzieli pewnie, że nie da się uratować takiego człowieka. On już się nie zmieni.

- Nie chodzi o to, żeby go zmienić. Nie chodzi o to żeby go uratować w taki sposób jeśli to niemożliwe. Chodzi o to, że nie uratowaliśmy nawet jego dłoni. To były dłonie spracowane. Ten człowiek widać kiedyś ciężko pracował. Nie założyliśmy mu nawet rękawiczek. Nie podjęliśmy nawet próby ratowania cząstki tego człowieka w tamtej konkretnej chwili. Twoje gadanie o programach, innych ludziach, wyobrażonej historii tego człowieka nie mają żadnego znaczenia. To tylko słowa, bełkot, którym nas zarażono by stępić w nas wrażliwość i czas na reakcję wobec takich ludzi jak tamten starszy pan.

- Dobrze, dobrze, dobrze… Mówisz mi o mojej wyobrażonej historii na temat tamtego człowieka wobec tamtej konkretnej chwili, w której cierpiał właśnie tamten konkretny człowiek. W takim razie czym jest to twoje nagłe przebudzenie, ten akt wrażliwości jeśli nie słowami po fakcie, po tamtej konkretnej chwili, w której mogłeś coś zrobić a nic nie zrobiłeś?

- To przebudzenie na przyszłość… Na drugi raz zareaguję na pewno…

- Przyszłość? Na drugi raz? To także twoje wyobrażenie o jakiejś tam przyszłości i aktach jakich dokonasz. To tylko słowa. Twoje puste słowa wobec faktu tamtej konkretnej chwili, w której tak jak ja i wszyscy ci przechodzący po jarmarku ludzie, nic nie zrobiłeś!

- Masz rację – przyznałem. – Masz całkowitą rację.

Marta pogłaskała mnie delikatnie po głowie.

- Idź już spać. Pamiętaj, że rano idziemy do kościoła.

- Tak pamiętam… Idziemy do kościoła – powtórzyłem przygaszonym tonem. – Tylko po co? – zapytałem ją, ale chyba nie usłyszała lub nie chciała słyszeć. Tak naprawdę jednak to było pytanie do samego siebie.

 

Komentarze (5)

  • Moralitet. Akurat na te dni...

  • "popołudniowego dnia"- no nie bardzo. A i przecinki, gdzieniegdzie...

  • "śpiewaka" jeszcze.

    No i tutaj: "Jedynie nie omieszkaliśmy spróbować ponczu(...)"- nie wiem ocb, ale wygląda mi na błąd- "nie omieszkać", to o ile wiem znaczy, że spróbowali, więc...spróbowali czy nie? Pzdr.

  • Ach, mea culpa. Napisane wyraźnie, że spróbowali. Zwracam honor.

    • Szel _
    • 04 lutego 2013, 12:18:18

    czytalam twoje opowiadanie jak tylko je wstawiles
    ale jakos nie mialam czasu na wstawienie komentarza
    a dzis jest jakby malo aktualny ale przyniosl mi ten sam obraz co wtedy
    takie wiesz podobne a jednak inne wspomnienie tyczace sie ratowania nieznajomego

    ale ja nie o tym chcialam
    szukalam dzis twoich nastepnych opowiadan
    i niestety nie znalazlam :(
    przepadles jak kamien w wode !!
    i nie mam pojecia czy jeszcze tu zajrzysz
    kto wie moze ?

    sedrecznosci zostawiam :)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się